Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
step by step: Sue Marie Riddle

# othello #
# add #
# come in #

5 grudzień, 2008r.
(piątek)

step by step: Sue Marie Riddle


Ona...to niby mój pseudonim artystyczny, ale również druga osobowość. Niby to zupełne przeciwieństwo mnie, które jednak posiada wiele moich cech. Niby inna niż ja...ale jednak ta sama. Jedyne co nas różni...to światy w których żyjemy. Ja odwalam brudna robotę tutaj, a ona jest zawsze główną bohaterką w moich snach, myślach i opowiadaniach...tylko przybiera różne imiona.

Będzie to coś w rodzaju pamiętnika, ale nie tylko. Mam ambitny plan, zamieścić tutaj kilka ostatnich notek z draco in love, ponieważ mylog ostatnio wypina się na wszystkich swoich użytkowników. No cóż...podłe, ale prawdziwe. Szablon puki co zachowuje ten Draco'nowy. Później mam zamiar wrzucić go do katalogów blogów, które będziecie mogli pobierać, ale to w swoim czasie. :)

Dzisiaj zamieszczam jedynie tą ostatnią notkę z Draco In Love, ponieważ nikt nie może się dobić ostatnio do Mylog'a. Znam ten ból. I...chyba przenoszę się już na stałe na blog4u. ^^

Sue Marie Riddle [Zuza].

Szósty Rok: Shiver.

Spojrzałem zmęczony na zegarek leżący pod łóżkiem. Skąd on się tam wziął? Oczy ciążyły mi niemiłosiernie, a w gardle strasznie suszyło. Zamrugałem kilkakrotnie, widząc jak wskazówki na tarczy zegara tańczą makarenę, po czym chwiejnym krokiem podszedłem do drzwi. Przytknąłem ucho do drewna i nasłuchiwałem co też dzieje się na korytarzu. Nagle rozległy się dziwne jęki i stękania oraz dźwięk przewracanych butelek, a następnie przekleństwo. Domowe skrzaty nie posprzątały po wczorajszej imprezie.
Odwróciłem się za siebie i spojrzałem na plamę światła która powoli zbliżała się do moich nóg. Natychmiast uskoczyłem w bok, opierając się o ścianę.
- Ha ha! Pieprzona plamo słońca! Tym razem moje na wierzchu!
- Malfoy! Zamknij się... - krzyknął ktoś przez ścianę.
- Spieprzaj! Ja tu odbywam walkę swojego życia - warknąłem, zataczając się i omal nie upadając na podłogę.
- Mam na dzieję, że już przegrałeś...
- Chcesz się bić?! - krzyknąłem, ciskając spodniami w promiennie słońca.
Nagle drzwi do mojego pokoju otworzyły się z hukiem i uderzyły w ścianę za nimi. W progu stała Blacked z mopem, wpatrując się we mnie ze złowieszczym uśmiechem... Chwyciłem za różdżkę, która leżała na biurku i wyskoczyłem na środek pokoju. Zaraz potem tego pożałowałem zapominając o moim 'śmiertelnym wrogu'.
- Aaaa! Parzy! Piecze! - krzyczałem, rzucając się na łóżko. - Boże, umieram!
W tym samym momencie Blacked zaśmiała się głośno i zamknęła za sobą drzwi do mojego pokoju. Spojrzałem na nią z wyciągniętą przed siebie różdżką i nie spuszczałem z niej wzroku. Tymczasem ona postąpiła kilka kroków do przodu omijając plamę światła.
Sprytne przemknęło mi przez myśl.
- Won z mojego pokoju! - warknąłem, machając rękoma, jakbym odganiał kota.
- A gdzie ‘proszę’?
- Samaś jest prosię! - krzyknąłem, rzucając w nią różdżką. - Złaź z mojego łóżka!
Tymczasem Seszen usiadła na mnie okrakiem i przytknęła mi kij do gardła, przygważdżając tym samym moje ręce do materaca. Zacząłem się wić po pościeli niczym sklątka tylnowybuchowa, i wierzgać nogami na lewo i prawo. Blacked zaśmiała się ponownie.
- Blacked złaź! To się nie godzi - warknąłem, starając się ją jakoś z siebie zepchnąć.
- Zamknij się już - rzuciła, zamykając mi usta swoimi.

- NIE! – ryknąłem, uderzając w podłogę. - Nie! Nie!
- Uspokój się Draco - powiedział cichy dziewczęcy głosik nad moim uchem.
Spojrzałem zaskoczony na Astorię, która stała nade mną ze zmieszaną miną, nie wiedząc co zrobić z oczami. To był tylko sen...
- Przepraszam, że cię budzę i tak dalej, ale chciałam się ciebie o coś zapytać.
- A o co konkretnie? - spytałem, podnosząc się z ziemi i poprawiając koszulkę.
- Mógłbyś mi pożyczyć swoją miotłę? - powiedziała szybko na jednym tchu.
- Co? Ja...eee... Jasne - odpowiedziałem, zaskoczony. - Jest w szatni do Quidditch'a.
- Aaa...dasz mi klucz? - powiedziała, patrząc na mnie nieco niepewnie, widząc jak zdezoriętowany gapię się na liście na parapecie okna.
- C-co? A tak, jasne... - powiedziałem, podchodząc do biurka i wyjmując z niego klucz do szafki. - Masz...
- Dzięki - powiedziała, szybko wychodząc z mojego pokoju.
Uderzyłem głową w szybę okna, patrząc na jezioro w którym mieszkał Kraken.
- Nie wiem co to było, co dał mi Nott, ale to musiało być niezłe gówno.

- Za dwa tygodnie zostaną ogłoszone oficjalne składy drużyn z każdego domu. Mam nadzieję, że tegoroczni kapitanowie drużyn już rozpoczęli nabory zawodników do Quidditch'a - powiedział Dumbledore, zerkając przez ramię na Snape'a, który siedział z nieodgadnionym wyrazem twarzy. - Ponieważ zbliża się koniec października, chciałbym oświadczyć, że w przyszłym tygodniu w czwartek odbędzie się bal Halloween'owy. Zapisy par i tak dalej u waszych wychowawców - odparł, patrząc z dziwnym błyskiem w oku na uczniów. - Możecie iść do swoich domów.
Wszyscy w Wielkiej Sali wstali ze swoich miejsc i ruszyli do wyjścia. Poczekałem z Blaise'm aż tłum się nieco przerzedzi, po czym pustymi korytarzami dobrnęliśmy do schodów, prowadzących do lochów. W międzyczasie Blaise cały czas zasypywał mnie kupą nowych informacji.
- Ciekaw jestem kogo w tym roku wybrali na kapitana drużyny... Skoro Flint odszedł, będzie to nie lada wyzwanie, co nie?
- Taa, jasne... - odparłem, widząc grupę Ślizgonek stojących przed gobelinem węża. - Kto tam stoi?
- C-co? - zapytał wyrwany z kontekstu. - Tam? Nie wiem... Daphne i Astoria, no i chyba jeszcze Anakhill, a reszty to nie znam... A co?
- Nie..nic - odpowiedziałem, spuszczając wzrok. - Wiesz, że młoda Greengrass ma zamiar wstąpić do drużyny?
- Tak? Skąd wiesz?
- Dziś rano wpadła do mojego pokoju i chciała pożyczyć miotłę, po czym szybko się zmyła. Byłem tak zmęczony, że nawet nie skojarzyłem, że to mogło mieć coś wspólnego z Quidditch'em - odparłem, przechodząc przez wejście za gobelinem węża.
- Właściwe, a propos poranku, to ty też nie mogłeś rano wstać? - powiedział, ukrywając rozbawienie.
- Taaa. Nigdy więcej nie wezmę niczego co przyniesie Nott... - wycedziłem, siadając na kanapie przed kominkiem.
- Też miałeś odjazdy? Boże...jakie ja miałem sny. Śniło mi się, że Snape kręci z Dumbledore'm... To było straszne.
- Ja nie wziąłem tego tyle co ty - powiedziałem , przypominając sobie moja ‘triumfalną’ walkę ze światłem.
- Idziemy trzydziestego pierwszego do Hogsmade? - dosłyszałem za swoimi plecami. - Seszen?
Spojrzałem za siebie. Przed schodami prowadzącymi do dormitoriów stała Anakhill, a przed nią na stopniach siedziała Blacked.
- Seszen! - krzyknęła. - Co się z tobą ostatnio dzieje, co?!
- Co...ze mną? N-nic - odpowiedziała, przerzucając kolejną stronę w jakiejś książce. - Co chcesz?
- Jak to, co chce? - powiedziała poirytowana Anakhill, kładąc ręce na biodrach. - Mówię do ciebie już przynajmniej od pół godziny!
Wraz z Blaise'm przewiesiłem się przez oparcie kanapy i nasłuchiwaliśmy rozmowy z ciekawością. Zabini co jakiś czas szturchał mnie ramieniem i robił dziwne miny, a ja powstrzymywałem się od śmiechu.
- Gdyby tak było, to już od godziny by mnie tu nie było - powiedziała spokojnie, przewracając kolejną stronę.
- Słucham?! - zapytała zaskoczona.
Seszen westchnęła głośno, zatrzasnęła książkę i wstała ze schodów. Poprawiła koszulkę i włożyła pióro za pasek. Spojrzała znudzona na Anakhill i zapytała.
- No, więc o co chodzi?
- Wiesz co? Jeżeli naprawdę cię nie interesuje to, co chce ci powiedzieć, to może najlepiej w ogóle nie udawaj, że mnie słuchasz. Zachowujesz się jak skończona kretynka, wiesz?! A w dodatku masz ostatnio wszys...
- Skoro już skończyłaś, to idę do biblioteki - odpowiedziała, wsadzając ręce w kieszenie spodni i skierowała się w kierunku wyjścia z pokoju wspólnego. - I nie rób scen - rzuciła.
Zanim przejście za gobelinem węża się otworzyło, Blacked obejrzała się za siebie. Przez chwilę miałem wrażenie, że nasze spojrzenia się spotkały, ale natychmiast to przerwałem. Jej szaty zniknęły w dziurze w ścianie.
- No to by było na tyle - zdefiniował Blaise, patrząc na mnie uważnie. - A właśnie. Dlaczego się tak dziwnie zachowujesz, kiedy Blacked jest w pobliżu?
- Słucham? - zaśmiałem się, czując na sobie jego baczny wzrok. - W jakim sensie dziwnie?
- No nie wiem...ale inaczej - odparł, opierając głowę o oparcie kanapy.
- Wydaje ci się - odpowiedziałem, widząc wyraźnie przed sobą końcówkę mojego dziwnego snu.

- Jak to nie będziesz grał?! - wrzasnął Blaise, patrząc na mnie tępo. - OSZALAŁEŚ?!
- Nie będę grał - odpowiedziałem spokojnym tonem, patrząc jak na twarzy Zabini'ego pojawia się wyraz pełen niezrozumienia. - Czego nie rozumiesz w tym prostym zdaniu?
- Dlaczego?
- Bo nie! - warknąłem. - Boże, przestań Blaise i nie rób tragedii. Nie gram w tym roku w Quidditch'a!
- I co ja mam zrobić z drużyną - żalił się, bo właśnie on został w tym roku wybrany na kapitana. - Ty nie grasz, a reszta to ćwoki, co kija od miotły nie potrafią utrzymać prosto.
- Masz jeszcze Blacked - odpowiedziałem, rozglądając się dookoła. - A właśnie, gdzie ona jest?
- Blacked nie gra - odpowiedziała ze zdziwieniem. - Myślałem, że wiesz...
- Niby o czym? - spytałem zaskoczony.
- Blacked nie może grać w Quidditch'a. A pani Pomfrey się o to postarała. Poszła do Dumbledore’a i powiedziała mu, że nie może grać bo zeszłoroczna kontuzja jest zbyt poważna - powiedział wolno, aby niczego nie pomieszać. - Szczerze mówiąc jest na tyle poważna, że Seszen nie będzie mogła już grać jeszcze przez najbliższe cztery lata.
- C-co?! - zaśmiałem się. - Pielęgniarkę porąbało do końca?
- Najwyraźniej, ale Blacked nie było wcale do śmiechu. Odeszła stąd ze łzami w oczach... - odpowiedział. - Dlatego powinieneś przystąpić do drużyny, Draco.
- Na razie zapisz mnie na listę rezerwową, ale niczego nie obiecuję, Blaise - odparłem, odwracając się do niego tyłem. - Tymczasem muszę lecieć.
- Ta, jasne – powiedział zrezygnowany, patrząc na całą grupę Ślizgonów, czekających na rozpoczęcie doborów do drużyny Quidditch'a.
Szybkim krokiem przeszedłem przez błonia i wszedłem do Zamku. Do Wielkiej Sali zaczęli schodzić się uczniowie, aby zjeść w spokoju kolację. Tymczasem ja udałem się do biblioteki, aby poszukać książek dotyczących teleportacji.
Ku mojemu zdziwieniu nie było tam w cale tak pusto. Prawie wszystkie stoliki były pozajmowane, a bibliotekarka uwijała się między uczniami, to karcąc ich to szukając dla nich książek. Minąłem ją powoli i wszedłem między półki z książkami, aż znalazłem regał dotyczący teleportacji.
- No fajnie. Sto trzy książki o niczym. I ja mam to wszystko przeczytać? - westchnąłem. - Zacznijmy od tego. Teleportacja w środowisku magicznym... Uroczo.
Chwyciłem za jeden z egzemplarzy wybranego podręcznika i usiadłem z nim przy najbliższym wolnym stoliku. Nie lubiłem uczyć się w grupie. Nie dość, że trudno mi się było skoncentrować, to jeszcze zwykle musiałem słuchać czyjejś pitoliny. Tym razem, nie mogło być inaczej.
- C-cześć - odezwał się cichy głosik, niedaleko mojego fotela.
Uniosłem spojrzenie znad ksiązki i spojrzałem na małą blondynkę w szatach Ravenclaw'u. Trzymała w dłoniach potężną książkę o tytule Magiczne stworzenia i ja, którą przyciskała mocno do siebie. Niepewnie spoglądała na mnie, z widocznym zmieszaniem. Westchnąłem, zatrzasnąłem książkę i odłożyłem na stolik przed sobą.
- J-ja przepraszam, ale...mógłbyś mi pomóc? - spytała ze spuszczonym wzrokiem Ray Zedder. - N-nie mogę dosięgnąć t-tamtej książki...
Wskazała na cienki tomik w granatowej okładce, który znajdował się na prawie najwyższej półce z książkami. Przewróciłem oczami, podniosłem się z fotela i cofnąłem nieznacznie, aby sprawdzić, czy potrzebuję do tego zaklęcia.
- Czyli jednak trafiłaś do Rawenlaw'u - powiedziałem jakby sam do siebie, podskakując i chwytając w rękę 'jej' książkę.
- Niestety tak - odpowiedziała, jeszcze bardziej spuszczając wzrok.
- Nie wszystko jest takie jak byśmy chcieli - odpowiedziałem, zerkając na nazwę książki. Złotymi literami na ciemnej oprawie wytłoczony został tytuł Piórkiem po kartkach - początki magicznej kreski. - Proszę.
- Dziękuję - odpowiedziała cicho, biorąc książkę. - Czy nabory do drużyny Quidditch'a w Slytherin'ie już się zaczęły?
- Właśnie trwają - odparłem siadając na fotelu i wbijając w nią spojrzenie. - Chcesz dołączyć do drużyny?
- Ja? Nie, ja...
- Przydałby nam się ktoś nowy… Ktoś kto umie grać - rzuciłem w powietrze.
- Chciałabym, ale...
- Ray! - krzyknął jakiś chłopak z końca rzędu. - Ray, pospiesz się!
- Przepraszam i...dziękuję - szepnęła idąc w kierunku kolegi.
- Ale co? - spytałem.
Odwróciła się do mnie i spojrzała w osobliwy sposób. Zerknęła przez ramię na blondwłosego Krukona i odpowiedziała szybko.
- ...ale Quidditch to nie moja dziedzina.

Kilka godzin później, kiedy już zbliżałem się do końca tej koszmarnej książki, bibliotekarka zaczęła wypraszać uczniów. Pomieszczenie zaczęły wypełniać trzaski zamykanych ksiąg odkładanych na stoliki i biurka. Szuranie krzeseł zakłócały ciszę, która teoretycznie powinna tu panować. Zaraz potem tłum dzieciaków ruszył w kierunku wyjścia z biblioteki.
- Proszę opuścić bibliotekę - rozległ się głos bibliotekarki za regałem książek naprzeciw mnie. - Słyszałaś mnie? Proszę opuścić bibliotekę...jak najszybciej.
Chwilę potem rozległy się kroki i kobieta pojawiła się w moim rzędzie półek. Przyspieszyła kroku i stanęła naprzeciw mnie z nieukrywanym niezadowoleniem. Każda minuta dłużej w bibliotece sprawiała, że jej dzień pracy również stawał się dłuższy.
- Proszę o opuszczenie biblioteki - powiedziała, zabierając książkę z mojego stołu i odkładając ją na półkę. - I czy mógłby pan zabrać ze sobą jedną dziewczynkę z pana domu? Byłabym wdzięczna.
- Zastanowię się - powiedziałem beznamiętnie, wciskając ręce w kieszenie i wychodząc ze swojego rzędu półek.
Skręciłem w prawo i znalazłem się między książkami o zaklęciach i klątwach. W pierwszej kolejności pojawiały się standardowe zaklęcia białe, potem czarne, a następnie teoria magii białej i czarne. Zaraz za nimi znajdowały się książki poświęcone symbolice, a na przy samym końcu regału stał stolik i mała kanapka, na której leżała Ślizgonka z twarzą ukrytą w ramionach.
- Hej, ty - warknąłem, nachylając się nad nią. - Młoda, wstawaj!
Drgnęła nieznacznie, ale nie odezwała się. Kątem oka zauważyłem, że mocniej zaciska palce na materiale swojej szaty szkolnej. Chwyciłem ją za ramię i szarpnąłem do góry.
- Nie mam zamiaru się z tobą dłużej... Blacked?
- Zostaw mnie, Malfoy - powiedziała słabym głosem.
- Zbieraj się - rzuciłem, chwytając za jej torbę i idąc w kierunku wyjścia z biblioteki. - Czekam na zewnątrz.
Stałem przed wejściem do biblioteki jeszcze jakieś pięć minut, zanim Blacked nie otrzymała nagany od bibliotekarki, która nie mogła się powstrzymać od odjęcia Slytherin'owi dziesięciu punktów. Zaraz potem drzwi się otworzyły i wyszła z nich Seszen, która jeszcze przez chwilę wpatrywała się tępo w klamkę.
- Idziesz? - ponagliłem ją.
- Tak... Już idę.
Ruszyliśmy w kierunku lochów, ale żeby się do nich dostać musieliśmy przejść przez niemal całą szkołę. Przez cały ten czas milczeliśmy, zmęczeni kolejnym, straszliwym dniem szkoły, który znów dał nam w kość.
- Czego szukałeś w bibliotece? - zapytała.
- Nieważne - odpowiedziałem, skręcając w bok. - Czemu pytasz?
- Bo rzadko przesiadujesz wśród książek - odpowiedziała. - A poza tym straszysz dzieci...
- Że co proszę? - zatrzymałem się, patrząc na nią zdziwiony.
Momentalnie wybuchnęła śmiechem i spojrzała na mnie rozbawiona. Rzuciłem w nią jej własną torbą i poszedłem do przodu, ale zaraz potem mnie dogoniła, nie odzywając się ani słowem.
- Podobno nie przyjęli cię do drużyny Quidditch'a...
- Mówisz to tak, jakbyś nie wiedział - powiedziała chłodno, nie patrząc na mnie.
- A skąd pomysł, że wiem?
- Można było się domyśleć, po twojej rozmowie z Zedder - uśmiechnęła się nieznacznie.
- Mówił ci ktoś, że nie powinno się podsłuchiwać? - syknąłem, popychając ją w bok.
- Uwierz mi, że wolałabym nie słyszeć wielu rzeczy związanych z tobą.
- Na przykład?
- Tego jak wstajesz rano - parsknęła śmiechem.
- Nie wiem o czym mówisz...
- 'Ha ha! Pieprzona plamo słońca! Tym razem moje na wierzchu!'
- Dobra Blacked, masz jakąś manię na moim punkcie, że podsłuchujesz moje rozmowy i to co robię w pokoju - warknąłem, przypominając sobie o moim żenującym śnie.
- Kiedy ma się zadanie od Czarnego Pana na niewiele rzeczy ma się czasu, Draco... - powiedziała cicho, owijając się ciaśniej szatą.
- Nie masz czasu, czy tylko tak sobie wmawiasz? - powiedziałem złośliwie.
- O co ci chodzi?
- W zeszłym roku mieliśmy kilka zadań od Voldemorta, a mimo wszystko mieliśmy czas na wiele innych rzeczy Blacked, więc nie przesadzaj.
- Jak możesz porównywać te dwie rzeczy? - spytała zaskoczona, zatrzymując się na chwilę. - Wtedy a teraz, to...
- ...dwie różne rzeczy, wiem. Ale udowodnię ci, że to nie ma znaczenia. W czwartek, trzydziestego pierwszego.

- Słyszałem, że idziesz do Hogsmade - powiedział Blaise, który machał bezmyślnie swoją różdżką na kolejnych zajęciach u Flitwick'a. - Dlaczego nic mi o tym nie wiadomo?
- No przecież właśnie się od ciebie dowiedziałem, że gdzieś idę, Zabini... Więc jak to możliwe, że nic o tym nie wiesz? - zaśmiałem się, patrząc ukradkiem, na profesora, który przechadzał się po klasie.
- Nie chwytaj mnie za słowa. Dobrze wiesz o czym mówię - powiedział, nie dając się zbić z tropu. - Dokąd idziesz i z kim...skoro nie ze mną?
- A od kiedy ty taki ciekawski jesteś, co? - parsknąłem śmiechem. - Idę tam w interesach.
- W interesach...rozumiem - powiedział wyniośle, machnąwszy energicznie różdżką.
W tym samym momencie włosy Crabb'a zajęły się ogniem. Goryl zerwał się na równe nogi i rzucił się na ławkę przed sobą, machając energicznie rękoma i nogami. Wszyscy zaczęli się głośno śmiać, podczas gdy Blaise wydobył z siebie ciche ups.
Do końca lekcji cała klasa siedziała sztywno na swoich miejscach, czując na sobie surowe spojrzenie profesora Flitwick'a. Ponieważ nikt się nie przyznał do podpalenia Crabb'a [bądź Goyle'a bo nikt nie był tego do końca pewny], profesor gdy tylko zauważył jakiś drobny ruch w klasie, rzucał zaklęcie paraliżujące, mające minąć równo z dzwonkiem.
Zaraz potem dzwon na głównej wieży Hogwartu zadzwonił donoście, obwieszczając, że lekcje się kończyły i rozpoczął się długi weekend, zaczynając od obiadu w Wielkiej Sali. Cała grupa uczniów od razu skierowała się właśnie tam.
- A ja będę jak ten palec tkwić w Hogwarcie albo w Trzech Miotłach - westchnął z udawanym żalem Blaise, siadając na swoim miejscu za stołem. - Co my tu mamy? Eeee...nic?
- Jak to nic? - zapytał zdziwiony Nott, patrząc na zapełnione po brzegi półmiski.
- Nic jadalnego...
- ...dla takiego światowego faceta jak Blaise - dokończyła Astoria siadając naprzeciw nas z uśmiechem na twarzy. - Cześć Draco. Draco?
- Hę? - spytałem wyrwany z zamyślenia. - Ta, cześć.
- Ej, no co to ma być? - wycedziła z ironicznym uśmieszkiem. - Nie cieszy cię mój widok?
Zmierzyłem ją swoim typowym spojrzeniem, a ona natychmiast umilkła. Astoria w ciągu ostatniego roku stała się co raz bardziej odważna i bardziej spoufalała się ze mną i z moimi znajomymi. Zapominała o tej drobnej różnicy wieku, która jednak nas różniła. Irytowało mnie to, że starała się traktować nas na różni ze sobą.
- Boże, Draco...jesteś tak samo nieprzytomny jak Blacked... - powiedziała, nalewając sobie zupę do talerza.
- Coś niesamowitego. Dlaczego teraz wszyscy mnie do niej porównują? - wycedziłem, wypijając łyk kawy.
- Może jest powód?
Pytanie pozostało bez dopowiedzi, ale uderzyło we mnie z dużą siłą. Może był jakiś powód?
Kiedy skończyła się pora obiadu wszyscy zadowoleni z siebie udali się do swoich domów. Halloween. Wieczór podczas którego można było sobie pozwolić na wszystkiego rodzaju psoty. Szczerze mówiąc była to walka między Slyhterin'em a Gryffindor'em, ale nikt się do tego otwarcie nie przyznawał.
Ukradkiem spojrzałem na zegarek.
- Cholera jasna! - warknąłem zrywając się z łóżka.
Miałem zaledwie pół godziny czasu aby się przygotować. Rzuciłem się do łazienki i spędziłem w niej marne dwadzieścia minut. Stanąłem przed szafą pełną ubrań nie wiedząc co z niej wyciągnąć. Niebieska koszulka wypadła na podłogę wołając o pomstę do nieba. Nigdy w życiu. Znów nerwowo spojrzałem na zegarek.
- Kurwa... A co tam. Poczeka.

Stałem w głównym holu i patrzyłem jak kolejne grupy uczniów mijają mnie z uśmiechami na twarzach. Oparłem się o jeden z filarów podtrzymujących ściany i przewróciłem oczami. Korytarze powoli zaczęły pustoszeć, aż Hogwart prawie całkowicie ucichł.
- Taa...jasne - mruknąłem, patrząc na zegarek. - Mogłem się...
W korytarzu naprzeciw mnie rozległy się kroki, a właściwie szybki bieg, towarzyszący szeleszczeniu płaszcza. Zaraz potem na środku głównego holu pojawiła się Blacked, z szalikiem prawie całkowicie zsuniętym z szyi. Uśmiechnąłem się nieznacznie.
- Myślałam, że żartowałeś - wyrzuciła z siebie, a na jej ustach pojawił się błędny uśmiech.
- Nie lubię żartować - odpowiedziałem, naciągając na głowę czapkę i otwierając drzwi prowadzące na błonia. - Chodź.
Otworzyłem drzwi prowadzące na błonia i przepuściłem ja przodem. Zaraz potem zrównałem się z nią krokiem, patrząc jak ponownie wiąże na szyi swój szal. Po jakimś czasie znaleźliśmy się wśród całej gromady uczniów Hogwartu zmierzających na imprezę w Hogsmade. Jedna z największych i najciekawszych w całym roku szkolnym.
- Słyszałam, że Kocioł będzie dzisiaj w Trzech Miotłach – wyszeptała jakaś podekscytowana Puchonka. – A gościem będą Wyjące Jędze!
- Wolę Jędzę – odpowiedziała inna Krukonka, dołączając do pędzącej do przodu grupy dziewcząt. – Dlatego musimy się pospieszyć! Biegnijcie.
Chwila, i już ich nie było. Inni uczniowie chyba również zwietrzyli okazję na spotkanie z członkami Jęczących Jędz, bo po kilku minutach zostaliśmy z Blacked zupełnie sami, idąc drogą oświetlaną przez różne dynie.
- Z tego wynika, że w Trzech Miotłach będzie tłok – powiedziała cicho Blacked, wypuszczając z płuc parę wodną.
- Dobrze, że tam nie idziemy – powiedziałem z rozbawieniem.
- Co za wspaniałomyślność z twojej strony. Więc dokąd idziemy?
- Byłaś kiedykolwiek w innej części Hogsmade niż w Trzech Miotłach, Miodowym Królestwie albo w Barze Pod Świńskim Łbem?
- Może – powiedziała wymijająco.
- No właśnie – odparłem, widząc jak mimowolnie kieruje się w kierunku Trzech Mioteł. – Nie tam, ofiaro. Idziemy gdzie indziej – powiedziałem, szarpiąc ją za rękaw.
- Powiesz mi gdzie? – spytała, dobiegając do mnie. – Malfoy!
- No co? – zaśmiałem się, skręcając w kolejną uliczkę. – Nie zdradzę ci tej tajemnicy…
Chodziliśmy po Hogsmade mniej więcej pół godziny, klucząc miedzy uliczkami. Co jakiś czas ciągnąłem za sobą Blacked, kiedy gubiła się w ciemnych alejkach, albo stała pod jasnymi latarniami. Przez cały czas patrzyła na mnie pytająco, obejmując się ramionami. Uśmiechałem się zaczepnie, po czym wyprzedzałem ją o jakieś trzy metry i kazałam za sobą biec.
W końcu usiadłem na dużym głazie nad urwiskiem prowadzącym do Wrzeszczącej Chaty. Z pobliskiego lasy dobiegło mnie donośne wycie. Spojrzałem na niebo – była pełnia.
- Malfoy, pytałeś się mnie, czy byłam kiedykolwiek w innym miejscu w Hogsmade niż w Trzech Miotałach, Miodowym Królestwie albo w Barze Pod Świńskim Łbem… - warknęła Blacked, podchodząc do mnie powoli. – A czy w tej pieprzonej wiosce jest cokolwiek innego?!
- Nie ma – odpowiedziałem, uśmiechając się do niej złośliwie. – Ciekaw byłem kiedy na to wpadniesz.
- Ty drań – krzyknęła, rzucając się na mnie.
Uderzyłem plecami o zimny kamień, dziękując sobie w duchu, że założyłem tą cholerną czapkę, dzięki której uniknąłem bolesnego zbliżenia trzeciego stopnia z twardym głazem. Blacked przyparła moje ramiona rękoma i patrzyła na mnie ze złością zza szala Slythrein’u, którym szczelnie się owinęła. Dostałem chwilowego deja vu z mojego dziwacznego snu. Przez chwile czułem pieczenie policzków od mrozu.
- Po co szlajaliśmy się przez tą godzinę po ulicach, co? – warknęła, patrząc na mnie przez wąską szczelinę między szalem owijającym jej usta, a wełnianą czapką z daszkiem.
Spojrzałem na nią, a zaraz potem parsknąłem śmiechem widząc jak czapka opada jej na oczy, tym samym zakrywając całą twarz.
- Jeżeli chciałaś być groźna to troszkę ci nie wyszło – zaśmiałem się.
Seszen momentalnie mnie puściła i ściągnęła czapkę z głowy. Spojrzała na mnie rozgoryczona, po czym usiadła obok, wpatrując się w Wrzeszczącą Chatę.
- Bardzo śmieszne – mruknęła.
- Nie wiem jak ty, ale ja się uśmiałem – odparłem.
- Jakbym nie miała niczego lepszego do roboty…
- A co masz takiego do zrobienia, że nie masz nawet chwili czasu, aby ją zmarnować?
- Stosy książek do przeczytania – warknęła, po czym szturchnęła mnie w bok. – Przestań się śmiać!
- Nie mogę – parsknąłem śmiechem – widząc jak wszystko bierzesz do siebie.
- Faktycznie Malfoy. Zadanie od Czarnego Pana biorę naprawdę do siebie – zaśmiała się ironicznie.
- Dobrze wiesz o czym mówię – odpowiedziałem.
- Może masz rację – westchnęła, i oparła się łokciami o kolana. – Ale jakoś mi to nie daje spokoju.
- Co takiego?
- To, że tak wcześnie dali nam Mroczne Znaki… Większość Śmierciorzerców musiało kogoś zabić, aby wstąpić do szeregów Voldemorta.
- No właśnie, większość. Czyli nie wszyscy...
- Nie, Draco. Wszyscy oprócz nas – odpowiedziała ze złośliwym uśmiechem.
- Przesadzasz. – odpowiedziałem szybko, odpychając od siebie tą dziwną perspektywę. – Daj mi to.
Wyrwałem jej z ręki czapkę i założyłem na głowę zasłaniając nią jej oczy.
- Za dużo myślisz. Chodź.
- Dokąd tym razem? – zapytała zdziwiona, odsłaniając oczy.
- Tam – odparłem, wskazując na Wrzeszczącą Chatę.

Zza drzwi dobiegały nas odgłosy głośnej muzyki i krzyki różnych gości. Zaraz potem kłódka opadła z brzdękiem na podłogę, a drewniana deska odchyliła się do środka. We framudze stanął wysoki, rudowłosy chłopak z papierosem w ustach, który spoglądał na wszystko podejrzliwie.
- Czego?
- Tego co zwykle – odparłem, przechodząc przez próg.
- Chwila – syknął, zatrzymując mnie w drzwiach. – A ona?
- Ona też – odparłem, ciągnąc Blacked za sobą do środka. – Trzymaj się blisko mnie.
Drzwi zamknęły się za nami, a w nozdrza uderzył mnie zapach silnego alkoholu i dymu papierosów. Ściągnąłem z siebie płaszcz i rzuciłem na wolne miejsce przy jakimś ledwo stojącym stoliku. Poleciłem Seszen aby zrobiła to samo, po czym podszedłem do wysokiej dziewczyny, stojącej za ladą, mającą robić za bar. Diana spojrzała na mnie z uśmieszkiem, po czym podała zamówienie, ukradkiem wręczając również żółtą karteczkę z wiadomością. Wróciłem z dwoma kieliszkami do stolika.
- Co to za miejsce? – spytała zdziwiona, biorąc ode mnie niepewnie szklankę.
- Nazywa się Shiver - odparłem, popijając ze swojej szklanki. – Tutaj znajduje się ziemia niczyja magicznego świata.
_________________
Draco Malfoy.

othello.

szalona-wariatka.com.pl

14 kwiecień, 2009r.
(wtorek)

brak www
Genialnie. Moja miłość do Dracko mineła ale nadal go lubię


Martini

8 grudzień, 2008r.
(poniedziałek)

brak www
Ogólnie notka jak zawsze genialna ^^
Nie no ten początek to mnie rozbroił xd
Ale mam wrazenie, że zrobiłaś się w tym opowiadaniu dziwnie sentymentalna, a Draco stracił tą swoją męskość... Nie wiem czemy, ale takie miałam odczucie gdy to czytałam.

Haha, znalazłam 2 błędy ^^ [lol...]
"Irytowało mnie to, że starała się traktować nas na różni ze sobą." chyba na równi ;p

W końcu usiadłem na dużym głazie nad urwiskiem prowadzącym do Wrzeszczącej Chaty. Z pobliskiego lasy dobiegło mnie donośne wycie. Z pobliskiego lasu

Tak więc z niecierpliwością czekam na dalszą część ^^

Pozdrawiam
Marti